Szwadron Kawalerii im. 27. Pułku Ułanów


W małym garnizonie – wspomnienia z Nieświeża

 Zdarzało mi się nieraz, że na zapytanie, gdzie pani teraz mieszka, dawałam krótką odpowiedź: „w Nieświeżu” wywoływało to zwykle szereg wyra­zów współczucia dla mego losu „w Nieświeżu”?, w takiej dziurze, ależ to okropne! Czy nie mają państwo możności przeniesienia się do innego pułku? Możność mamy - ale najmniejszej ochoty; przenie­sienie z pułku uważałabym za jedną z najpoważniej­szych przykrości, jaka by mnie mogła spotkać, a Nieśwież jest tak śliczny, że szkoda byłoby się z nim rozstawać. Znowu zdziwienie. Zdziwienie zresztą, dla mnie zupełnie zrozumiałe.

Gdy trzy lata temu zapadła ostateczna decyzja, że będę stale mieszkać w Nieświeżu, przyjęłam to jako wiadomość o skazaniu na wygnanie. Wydawało mi się to, pewnego rodzaju poświęceniem patriotycznym towarzyszenia mężowi na dzikie kresy, gdzieś w zapadły kąt na granicę bolszewicką, kondolencje przyjmowałam z godnością i oczekiwałam chwili wyjazdu z niepokojem.

Od pierwszego dnia jednak, a raczej od chwili przyjazdu miały mnie oczekiwać same niespodzianki. Pierwsze co mnie uderzyło, to jasność i czy­stość miasteczka, było coś wesołego w tych małych i pobielanych domkach, coś starannego w długich szeregach drzew obsadzających ulicę. Poza wraże­niem czysto zewnętrznym, odczułam jeszcze coś, co mnie zjednało dla tego miasta; kultura wieków, atmosfera, która w niewiadomy sposób pozostaje, w murach, powietrzu, w otoczeniu daje poczucie czegoś bliskiego i drogiego i tak: stary ratusz z szesnastego wieku, przypomina swą strukturą Sukien­nice i wita nas długim szeregiem jasnych kolumn, piękny kościół, który przywodził na pamięć, że był czas, gdy Nieśwież przodował w kraju i dał pierwszy piękny barok Polsce; siostrzyca Ostrej Bramy Wileń­skiej, Słucka Brama z cudownym obrazem Matki Boskiej, prowadziła nas na groblę, skąd po przez jezioro roztacza się widok na wielki park i siedzibę rodu Radziwiłłów - zamek z piękną wieżą zegarową, dalej szereg budynków wojskowych, poklasztornych odbijających swe białe ściany i czerwone dachy w wodzie i stary klasztor Benedyktynów, który za­myka widok z tej strony. A jak śliczne są okolice Nieświeża. W każdej stronie jest pięknie - czy to ruszymy konno ku Stołpcom, po przez olbrzymie, lasy, pełne ślicznych polanek, lub w prawo od traktu, gdzie jak z pod ziemi wyrasta wspaniała aleja mo­drzewiowa, niby droga do zaczarowanego dworu, a tak utrzymana, że nie powstydziłby się jej naj­wykwintniejszy park angielski, a czy można zapom­nieć te spacery po parku albiańskim, po przez szpa­lery stuletnich lip, tę drogę wzdłuż kanału, gdzie chyba najpiękniej zachodzi słońce, rzucając swą krew w wodę i tworząc długi ognisty pas obramowany ciemną zielenią szpaleru. A ta niezliczona ilość dróżek koło bażanciarni - te łąki, a dalej stawy w długim szeregu, aż pod Nieśwież.

Wiedziałam już, że miasto i okolice są ładne i miłe, największą teraz moją troską było, jak się ułoży życie towarzyskie. Zdawałoby się, że pod względem towarzyskim powinny się były warunki ułożyć jak najgorzej, bo kto może stanowić tu „towarzystwo” prócz pułku. Jednak i pod tym względem Nieśwież został przez los wyjątkowo obdarowany; dzięki bliskiemu poło­żeniu od granicy, zatrzymał się tutaj uciekając przed nawałą bolszewicką, cały szereg obywateli kresowych, ludzie o głębokiej kulturze umysłowej i towarzyskiej, którzy z początku czekali możności powrotu do sie­bie sprzedając resztki wywiezionych rzeczy, potem zaczęli pracować i zbiegiem czasu zajęli prawie wszystkie wybitniejsze sta­nowiska urzędnicze i spo­łeczne. To też zabawom to­warzyskim niema końca. W każdym sezonie szereg bali dobroczynnych, przyjęcia w pułku, na zamku, w domach prywatnych.

Najbardziej jednak są oży­wione miesiące zimowe, a zimę mamy wspaniałą, od jesieni do wiosny, śnieg na dwa metry, sucho i mroźno. Na torze sanecz­kowym całe popołudnie rozlegają się śmiechy, krzyki, grzechot sanek spadających z zawrotną szybkością po torze lodo­wym u stóp toru ślizgawka. Lecz najmilej, najweselej zapowiada się zabawa, gdy całe towarzystwo, w nie­dzielę, jako w dzień wolny, wybiera się na nartach i sankach do pobliskiej leśni­czówki na podwieczorek.

Szeregi saneczek, konie w szpic, buzie wesołe, ru­miane, obok żółte otoki oficerskich czapek, przed nimi narciarze w koloro­wych dżokejkach, a wszy­stko pędzi, ściga się prze­wraca, cieszy słońcem, śniegiem i pędem, kuligi, gdy dwadzieścia par sań stanie na trakcie, przy każdych saniach konny z pochodnią, a zagrają kujawiaka trębacze, to mało serce nie wyskoczy. Nie wiem, czy dużo pułków w dużych miastach tak umie się bawić.

Ale Nieśwież nie tylko się bawi, lecz i pracuje. Rezultaty tej pracy, to stworzenie dużej biblioteki miejskiej, w której można znaleźć prócz wszystkich polskich i francuskich nowości, również dzieła naj­poważniejszych myślicieli naszych i obcych; świetlica ludowa, duże schronisko dla sierot, warsztaty tkackie, stolarnia sejmikowa, gdzie wyrabiają stylowe meble, nie ustępujące najlepszym wyrobom warszawskim, szpital i dwie przychodnie według nowoczesnych wymagań urządzone, własne pismo, bardzo dobrze redagowane, oraz szereg innych jeszcze instytucji społecznych i filantropijnych, które trudno mi tu wszystkie wymieniać. Wspomnieć jednak jeszcze mu­szę o Towarzystwie Łowieckim i Klubie myśliwskim, które ogromnie ułatwiają nam tę jedną z najprzy­jemniejszych rozrywek, ja­ką jest polowanie, posia­dają bowiem bardzo rozle­głe tereny w naszych oko­licach i na Polesiu. Ponie­waż prawie wszyscy ofi­cerowie należą do tego to­warzystwa, więc zwykle na wiosnę i na jesieni, jest cykl wypraw w pińskie błota na kaczki.

A i w samym garni­zonie nie brak wrażeń, jak rok okrągły ciągle się coś dzieje - to przygotowuje, to likwiduje - to cieszy, to smuci, to przyjazd no­wego oficera, to obiad pożegnalny starego kolegi, konkursy hippiczne, biegi myśliwskie, defilady, od­czyty, wieczorki w kasynie - stale bez przerwy, aż czasem tchu brak. Najbar­dziej uroczysty dzień w ro­ku, przypada na pierwsze dni sierpnia, to święto pułkowe, w rocznicę naj­krwawszych walk pułku pod Ciechanowem. Pamię­tam jak silne wrażenie zro­biło na mnie pierwsze ta­kie święto, przeżyte już w naszym pułku. Poprzedniego dnia zebraliśmy się wszyscy na wzgórzu porosłym brzoza­mi, niedaleko za miastem. Wieczór był piękny, słoń­ce zachodziło. Pułk stanął w czworobok, zapalono pochodnie, nastrój poważny, uroczysty. Wspomnie­nie poległych towarzyszów broni. Zmówiono modli­twę - potem wywoływano ich kolejno. Słychać odpowiedź: „polegli na polu chwały”. Trębacze grają marsza żałobnego.

Zginęli koledzy, ale nie wszystko zginęło, co wspólnie tworzyli, została Ojczyzna - został pułk - został sztandar i tradycja. I dziś daje to najsilniejszą spójnię pułkowi. Jego piękna przyszłość bojowa, ta krew przelana, te młode siły oddane aż do ostatka, odradzają się dziś w miłości Ojczyzny, pułku i jego widomego znaku - sztandarze.

Dalszy przebieg święta pułkowego był dowodem tego zżycia koleżeńskiego i przywiązania do pułku. Odczuwało się to jasno, słysząc mowę kapelana u stóp polowego ołtarza, czy podczas obiadu ułańskiego, gdy w imieniu dawnych towarzyszy broni, przemawiał prezes Korporacji Dawnych Ochotników Pułku.

Piękno pułku, jego zewnętrznej postawy, najbardziej uwidoczniło się podczas defilady po mszy polowej. Zagrano sygnał „galop” i cały pułk rzucił się na przód cwałem, w pędzie jak do szarży, furkot proporczyków, tętent koni i cały barwny i piękny, obraz kolorowych ułanów na tle zielonych łąk i pól znika, w chwil kilka w obłokach kurzu.

Patrząc na tę defiladę, na piękne konie, na dobrze ubranych ułanów, na sprawność i porządek, słysząc co dzień od świtu głosy komendy na ujeżdżalni, widząc ułanów wychodzących w pole, czy deszcz, czy śnieg, wracających z wieczornych wykładów, lub szykujących się na nocne ćwiczenia - przekonałam się jak bardzo niesłusznie utarła się opinia, że w wojsku można nic nie robić. Ci co tak myślą, nie znają tego życia, a przez odseparowanie się społeczeństwa od wojska, nie mają okazji przekonać się, powtarzając lekkomyślnie zdania nieprzychylnie usposobionych osób do wojska. A przecież nie tak to dawne czasy, gdy armia była na ustach wszystkich, gdy niezmiernie ważne miejsce: w działalności obywatelskiej zajmowała praca z wojskiem i dla wojska, gospody, świetlice, szpitale, cały szereg organizacji pomocniczych. Było to w okresie najazdu bolszewickiego, gdy cała Polska zmieniła się w jeden obóz ochotniczy pod grozą tragicznego lęku o utratę niepodległości. Lecz w miarę oddalania się od okresu wojennego, w miarę powrotu do normalnego życia, zaczęło stopniowo maleć zainteresowanie społeczne dla wojska, troskę o żołnierza pozostawiono tylko oficerom i Państwu. 

ROŻA ZAWADZKA

żona porucznika.

 

Tekst pochodzi z jednodniówki „KORPUS POLESKI” wydanej w listopadzie 1928 roku przez Okręg Korpusu IX. Opracował Piotr Zawada