Szwadron Kawalerii im. 27. Pułku Ułanów


Kawaleria w Powstaniu Warszawskim 1944 r

Koniec świata ułanów nadszedł we wrześniu 1939 roku. Wraz z klęską kampanii obronnej zniknęli oni bowiem na zawsze, pozostając już tylko na kartach historii – to z racji na swą waleczność i wojenne zasługi oraz w kronikach towarzyskich i wspomnieniach – to ze względu na niezwykle barwne życie, znaczone honorowymi pojedynkami, hucznym balowaniem czy licznymi podbojami miłosnymi. Przekonanie to o tyle powszechne, co i fałszywe. Bo o ile trudno polemizować z tym, że bezpowrotnie minęły te aspekty świata ułanów, które wiązały się z fantazją ułańską czasu pokoju, to datę końca świata ułanów wypadałoby jednak przesunąć o co najmniej jeszcze kilka lat. Z szeregów Wojska Polskiego nie zniknęli oni ani we wrześniu 1939, ani nawet na wiosnę 1940 wraz z końcem walk Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego majora Hubala. I może zabrzmi to sensacyjne, ale oddział kawalerii w sile pełnego pułku ułanów wziął udział w walkach Powstania Warszawskiego!

Pod koniec lipca 1944 roku, tuż przed wybuchem Powstania, przybył do leżącego na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej Dziekanowa, świetnie uzbrojony, liczący blisko 900 żołnierzy, oddział pod dowództwem cichociemnego porucznika Adolfa Pilcha „Góry”. Umundurowani we wrześniowe mundury przemaszerowali oni blisko 500 km, z rejonu Puszczy Nalibockiej, spod przedwojennej granicy ze Związkiem Sowieckim, przemieszczając się w biały dzień, prowadząc z sobą tabory z amunicją, granatami, żywnością i niezbędnym wyposażeniem. W skład tego oddziału, tworzącego wcześniej Zgrupowanie Stołpecko-Nalibockie AK, wchodziły m. in. cztery szwadrony 27. Pułku Ułanów z Nieświeża, dowodzonych przez chorażego Zdzisława Nurkiewicza, ps. „Noc”, „Nieczaj” oraz szwadron ckm-ów, stanowiący zalążek 23. Pułku Ułanów Grodzieńskich, pod dowództwem podporucznika Jarosława Gąsiewskiego, ps. „Jar”. Cztery szwadrony ułanów i szwadron ckm-ów to był pełnoetatowy stan przedwojennego pułku ułanów.

Sam ten przemarsz mógłby, bez żadnych upiększeń, stanowić gotowy scenariusz dla filmu. A gdyby do tego dołożyć historie walk z Niemcami (na przykład niezwykle brawurową akcję rozbicia garnizonu w Iwieńcu) i sowiecką partyzantką, która po początkowym okresie współpracy z AK w zdradziecki sposób aresztowała w grudniu 1943 roku dowódców Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego, a żołnierzy otoczyła i siłą wcieliła w szeregi swoich oddziałów, rozstrzeliwując przy tym opornych, to mamy materiał na znakomity serial wojenny. Na szczęście partyzantom radzieckim nie udało się w całości wykonać rozkazów naczelnego dowództwa sił partyzanckich w Moskwie – m in. dzięki temu, że ułani chorażego Nurkiewicza przebywali wtedy w terenie i obława ich nie objęła. Za to dzięki ich śmiałym rajdom, brawurowej ucieczce porucznika Pilcha wraz grupką żołnierzy z sowieckiej obławy nad jeziorem Kromań oraz zawarciu wymuszonego sytuacją rozejmu z Niemcami, szybko udało się oddział odbudować i doprowadzić na nowo do pełnych stanów etatowych. Potem był szereg mniejszych i większych bitew przeciwko wielekroć liczniejszym w tamtym rejonie partyzantom radzieckim, nieudana próba połączenia się z oddziałami AK z okręgu wileńskiego i wreszcie wobec braku kontaktu z lokalnymi strukturami AK – desperacka decyzja o przebijaniu się w stronę Warszawy. Marsz ten zakończyło bezczelne zameldowanie się posterunkowi niemieckiej żandarmerii na moście w Nowym Dworze Mazowieckim, jako „Polnische Legion”, wracający po walkach z Armią Czerwoną w rejon Warszawy. Po nerwowych negocjacjach żołnierze porucznka Pilcha „Góry” zostają nie tylko przepuszczeni przez Wisłę ale również, dzięki świetnej mistyfikacji, dozbrojeni z niemieckich zapasów twierdzy modlińskiej!

Już w pierwszych kilku dniach pobytu w Puszczy Kampinoskiej, głównie za sprawą właśnie ułanów z odległych Kresów, udaje się wyzwolić kilkanaście puszczańskich wiosek i utworzyć Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską, z głównym obozem we wsi Wiersze. Poszczególne szwadrony 27. Pułku Ułanów zostają rozlokowane w Krogulcu, Kiścinnem i Roztoce. I w tym miejscu rozpoczyna się mało znana, choć niezwykle pasjonująca i chlubna, karta historii powstańczych walk ułańskich w ramach Zgrupowania Kampinos Armii Krajowej.

Wbrew temu, do czego próbowała już jesienią 1939 roku przekonywać niemiecka propaganda, której tezy podtrzymywane były również przez propagandę komunistyczną po 1945 roku – ułani nie byli szaleńcami, gotowymi uderzać, jak w kultowej scenie z „Lotnej” Andrzeja Wajdy, z szablami na czołgi. Typowym sposobem walki ułanów, była walka w formacji spieszonej – tak samo jak kompanie piechoty. Koń, najwierniejszy towarzysz ułana, służył nie tyle do ataku, co do sprawnego i szybkiego przemieszczania się, w trudnym nieraz terenie. Sprawiał, że formacje ułańskie były, względem regularnej piechoty, niezwykle mobilne i ruchliwe. Natomiast sama walka odbywała się na ogół pieszo, po odstawieniu koni przez koniowodnych w bezpieczne miejsce. Jeżeli już dochodziło do szarżowania konno, to tylko przeciwko innym formacjom kawaleryjskim lub nieumocnionej piechocie w odkrytym terenie. Wówczas szybkość uderzenia dawała ułanom wyjątkowy atut. W taki właśnie sposób walczył w Powstaniu Warszawskim 27. Pułk Ułanów AK, odnosząc praktycznie same zwycięstwa i zadając Niemcom straty, wielokrotnie przewyższające straty własne.

Jednym z głównych zadań ułanów w powstaniu, było zapewnienie całemu Zgrupowaniu tzw. dalekiego ubezpieczenia. Puszcza Kampinoska nawet dzisiaj, pomimo zalesień związanych z utworzeniem parku narodowego, nie stanowi wielkiego, zwartego kompleksu leśnego. W 1944 roku były to właściwie dwa szerokie na parę kilometrów pasy lasu, poprzedzielane rozległymi łąkami i polami uprawnymi. W tej sytuacji niezbędne było utrzymywanie daleko wysuniętych placówek, które mogły w porę ostrzec o zbliżającym się niebezpieczeństwie i chronić całe partyzanckie ugrupowanie. Ułani nadawali się do tej roli znakomicie, bo byli w stanie szybciej niż piechota nie tylko wykonywać dalsze patrole, ale również szybciej zawiadomić dowództwo o zbliżających się oddziałach niemieckich. Dzięki temu udawało się w porę zmobilizować szczupłe nieraz siły i powstrzymywać większe liczebnie oddziały nieprzyjaciela.

Kawaleria pełniła również istotną rolę, jako osłona działań piechoty. I nie chodzi tu wyłącznie o osłanianie własnych oddziałów w trakcie przemarszu, jak na przykład przy oddelegowaniu oddziałów leśnych do walk w samej Warszawie, czy podczas transportów broni i amunicji do walczącej stolicy, kiedy to ułani konwojowali oddziały do granic puszczy. Ochrona ta realizowana była również w formie zabezpieczania działań bojowych piechoty. Podczas powstańczego szturmu na lotnisko bielańskie 2 sierpnia 1944 roku, niezwykle istotne było zapewnienie oddziałom piechoty zabezpieczenia od strony twierdzy modlińskiej, gdzie stacjonował silny garnizon niemiecki. Trzeci szwadron pod Pieńkowem i drugi pod Burakowem powstrzymały pomoc idącą z Modlina, likwidując kilkudziesięciu Niemców i niszcząc ponad dwadzieścia pojazdów, przy niewielkich stratach własnych.

Utrzymanie w puszczy ponad dwóch tysięcy żołnierzy, wymaga bez wątpienia wielkiego wysiłku służb kwatermistrzowskich. Ciężar wykarmienia takiej ilości ludzi i koni nie mógł spoczywać wyłącznie na mieszkańcach puszczańskich wiosek, pomimo ich niezwykłej ofiarności. Niezbędne było również zdobywanie zapasów na wrogu w ramach tzw. akcji gospodarczych. I tutaj ułani oddawali Zgrupowaniu nieocenione usługi. Dzięki ich wypadom, w odległe nieraz rejony, udawało się całkowicie zaskoczyć niespodziewających się niczego Niemców i przechwycić niejedno stado bydła, trzody, czy koni albo zdobyć zapasy zboża, ziemniaków lub grochu.

Ale ułani pełnili przecież nie tylko funkcje pomocnicze. Jako żołnierze z krwi i kości, prowadzili przede wszystkim samodzielne akcje bojowe. Wśród nich były takie, których nikt inny nie mógł wykonać, chociażby ze względu na odległość do miejsca ataku i niezbędny element zaskoczenia. Taką akcją było na przykład dywersyjne uderzenie na tartak w Piaskach Królewskich. Kiedy daleki wywiad doniósł, że Niemcy gromadzą tam materiał na budowę kilku drewnianych mostów przez Wisłę, porucznik Pilch wydał rozkaz przeprowadzenia ataku siłą dwóch szwadronów, wzmocnionych szwadronem ckm-ów. Tartak był odległy od miejsc zakwaterowania Zgrupowania Kampinos o ponad 30 kilometrów i leżał już poza kompleksem leśnym Puszczy Kampinoskiej. Jednak dzięki szybkiemu, zaskakującemu uderzeniu, udało się nie tylko całkowicie zniszczyć przygotowywane elementy przeprawy i surowiec do budowy następnych, ale również zdobyć sporo broni i amunicji na ochraniających tartak SS-manach. Innym przykładem takich bojowych działań może być całkowite zniszczenie przez kawalerię oddziału RONA, stacjonującego w Marianowie. Szybkie obejście od strony, od której rosyjscy kolaboranci nie spodziewali się uderzenia, wprowadziło element zaskoczenia. Pozwolił on przy niewielkich stratach własnych, całkowicie rozbić znaczny oddział przeciwnika. Podobnie rzecz się miała z wyeliminowaniem siłą jednego szwadronu całej kompani wehrmachtu, stacjonującej w Aleksandrowie. Ułani wielokrotnie dokonywali również wypadów na drogi z Sochaczewa i Modlina do Warszawy, przecinając linie komunikacyjne Niemców i zdobywając przy tym pojazdy, broń, a czasem ważne dokumenty. Takie bitwy i potyczki były codziennością przez cały okres trwania Powstania. Nieraz żołnierze pułku musieli ich stoczyć nawet kilka w ciągu jednego dnia, ale bywały też bitwy, w których musieli bez przerwy, przez szereg dni z rzędu, bronić jednej pozycji. W kilkudniowej bitwie pod Pociechą trzeci szwadron musiał nie tylko przetrwać w okopach ciągły ostrzał artyleryjski, lecz również odpierać ciągłe szturmy batalionu RONA. W tej ciężkiej próbie walk pozycyjnych ułani dowiedli niezwykłej odwagi. Kiedy regularna piechota (raz kompania Powstańczych Oddziałów Specjalnych „Jerzyki”, drugim razem żołnierze batalionu sochaczewskiego) w panice opuściła swoje stanowiska nie wytrzymując nerwowo salw artyleryjskich, tylko przytomność umysłu zaprawionych w bojach ułanów, pozwoliła utrzymać pozycje. Zimna krew ułana - erkaemisty, przydzielonego do wzmocnienia piechoty, który pozostał w okopie, wstrzymując ogniem nacierających Rosjan oraz odwaga jego siedemnastoletniego kolegi, który krzykiem i własnym karabinem zatrzymał i zawrócił uciekających żołnierzy, uratowały losy bitwy.


Niezwykła ruchliwość ułanów sprawia, że niemiecki generał SS Erich von dem Bach-Zelewski, dowódca oddziałów skierowanych do stłumienia Powstania Warszawskiego, opierając się na meldunkach własnych oddziałów i doniesieniach agentury terenowej, ocenia liczebność oddziałów polskich w Puszczy Kampinoskiej na ok. 15 tysięcy, w tym 4 tysiące kawalerii. Dlatego pod koniec września 1944 skierowano przeciwko nim niewspółmiernie wielkie środki, angażując oprócz piechoty także wojska zmotoryzowane, artylerię, czołgi i lotnictwo. Do ostatniego ułańskiego akcentu w Powstaniu Warszawskim dochodzi 29 września pod Jaktorowem. Ułani stanowią zarówno straż przednią, torując drogę całemu Zgrupowania Kampinos podczas próby przedarcia się w lasy świętokrzyskie, jak i zapewniają ubezpieczenie boczne, zaś trzeci szwadron osłania tyły, odpierając ataki niemieckie, w tym również pancerne. Kiedy całe zgrupowanie opuszcza zasłonę lasów i zbliża się do linii kolejowej Warszawa - Żyrardów, dochodzi do tragedii. Żołnierze dostają się w ogień już nie tylko nacierających od północy wojsk niemieckich, ale również dwóch pociągów pancernych, które niespodziewanie odgradzają drogę od południa. Wielogodzinny bój i nieustanne odpieranie niemieckich szturmów przynosi powstańcom coraz większe straty. Z kotła wyrywają się pojedyncze grupy żołnierzy, którym udaje się przeskoczyć tory kolejowe. Trzeci szwadron utrzymuje pozycje do samego końca, dając innym szanse na wydostanie się z okrążenia. Podrywając oddział do ostatniej szarży, dowódca trzeciego szwadronu, wachmistrz Narcyz Kulikowski „Sum”, wierzy jeszcze, że ta desperacka próba przyniesie powodzenie. I przynosi. Ale już nie samemu wachmistrzowi, który otrzymuje śmiertelny postrzał w chwili wydania rozkazu. Resztki trzeciego szwadronu wyprowadza z okrążenia jego łącznik, wówczas siedemnastoletni starszy ułan, Marian Podgóreczny ps. „Żbik”. On wie, czego chciał dowódca i przekazuje tę wolę pozostałym żołnierzom. Ci zaś nawykli do tego, że przekazuje on rozkazy nie własne przecież, ale samego dowódcy, słuchają go do końca…

Krzysztof Korytko

Bibliografia:
1. Krzyczkowski J., Konspiracja i powstanie w Kampinosie, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1962
2. Pilch A., Partyzanci trzech puszcz, Editions Spotkania 1992
3. Podgóreczny M., Doliniacy, Mireki 2013